sobota, 22 marca 2014

Rozdział 10

  Obudziłam się. Byłam cała zlana potem i ciężko oddychałam. Siedziałam na łóżku z zamkniętymi oczami, lecz zaraz je otworzyłam. Przede mną rzeczywiście unosiła się Elodie, ale miała nieco łagodniejszą minę i nie wyglądała, jakby chciała porwać mnie na strzępy. Patrzyła na mnie wyczekująco, z rękoma założonymi na piersiach.
  Nie tylko ja na nią patrzyłam. Horan leżał na łóżku i także wlepiał wzrok w dziewczynę, a przynajmniej tak mi się wydawało. W rzeczywistości byłam prawie pewna, że jej nie widzi. Ku mojej uldze, potwierdziły to słowa chłopaka:
- Sophie... Co jest?
  Skierował oczy w moją stronę, a ja, żeby to było naturalne, też na niego zerknęłam. Kątem oka widziałam, jak dziewczyna niecierpliwie się kiwa, więc szepnęłam tylko:
- Zły sen.
  Na zegarku krótsza wskazówka zmierzała właśnie ku numerowi szóstemu. Elodie przyszła do mnie o szóstej nad ranem. Dlaczego? Miała jakiś powód.
- Idź spać - mruknęłam do blondyna.
  Niall spojrzał na mnie z wyrzutem i odwrócił się w drugą stronę. Zagarnął większość kołdry i zakrył się nią po sam czubek farbowanej czuprynki.
  Kiedy upewniłam się, że nie będzie podglądał, znów skierowałam oczy na dziewczynę. Uśmiechnęła się ponuro i usiadła na skraju łóżka po mojej stronie. Przez chwilę wpatrywała się we mnie ze skupieniem, a potem nagle wybuchnęła bezdźwięcznym śmiechem. Złapała się za brzuch i pochyliła do przodu, bo wyraźnie nie mogła już wytrzymać. Po minucie wyprostowała się i otarła z policzków niewidoczne łzy. Zamknęła na chwilę oczy i znów była bardzo poważna, oziębła i pełna pogardy.
- Jesteś głupia - przeczytałam z jej ust. Wywróciłam oczami. - Cal cię odwiedzi. Za godzinę.
  Pomachała mi z ironicznym uśmieszkiem i rozpłynęła się w powietrzu.
  A mnie przeszły ciarki. Cal. Mój chłopak. Narzeczony. Przyjedzie do hotelu, w którym pomieszkuję sobie z jednym z najsławniejszych ludzi na świecie. I śpię z nim w łóżku. Taka tam, drobnostka. On mnie zabije. Tym bardziej, że - jakby nie patrzeć - Niall był przystojny. Cal mógłby poczuć się zagrożony, a być może nawet zazdrosny? Nie, dobra, nie oczekujmy cudów. Tak naprawdę to miałam wrażenie, że Cal mnie nienawidzi i jest ze mną tylko dla swojej przyszłej posady. Ochroniarz przecież go nie zadowoli. Pfff...
  Nie miałam ochoty wstawać. Wciąż byłam zmęczona. Spałam nie więcej niż pięć godzin. Do całkowitego wyspania potrzebowałam dwa razy więcej snu.
  Położyłam się odwrócona plecami do Horana. Pościel już przesiąknęła naszymi zapachami i stwierdziłam, że bardzo ładnie się razem komponują. On pachniał typowo męskimi perfumami, ja cholerną wilgocią Georgii. No i trochę damskimi perfumami, wiadomo. Wilgoć nabyłam dzięki uczeniu się w Hex Hall. Szczerze? Obyłoby się bez niej.
  Przekręciłam się na plecy i wpatrzyłam w sufit. Co miałam powiedzieć Calowi? Że to nie tak, jak on myśli? Serio? To przecież takie tandetne, a najgorsze jest to, że mój narzeczony nie był idiotą. Rozumiał mnie bez słów. Z moich oczu wyczytywał co się stało, często zmieniając to na moją niekorzyść.
  Moje dalsze przemyślenia przerwało mocne i głuche uderzenie w ścianę. Horan zerwał się ze zmrużonymi oczami i zerknął na mnie. Skierowałam wzrok na ścianę i usłyszałam głosy. Skoro słyszałam głosy, to musiało być ze mną bardzo źle.
- Zabiję Lou - warknął Horan i schylił się pod łóżko.
  Wyjął stamtąd swojego białego buta i zamachnął się. Wyglądał tak, jakby chciał rzucić nim we mnie, dlatego odruchowo skuliłam się na łóżku, wydając z siebie bardzo dziwny dźwięk. Po sekundzie coś huknęło i but Nialla wylądował na podłodze pod ścianą. Chłopak rzucił w ścianę, nie we mnie.
- Może się uciszą - mruknął rozzłoszczony i znów położył się na brzuchu, a głowę odwrócił w moim kierunku i bezustannie wbijał we mnie spojrzenie tych przeszywających, niebieskich oczu.
  Jeśli sądził, że to pomoże, to nawet w najmniejszym stopniu nie poznał Jenny. Z nią nie mogło być cicho. Wszędzie jej było pełno i głośno, dlatego przez następne pół godziny leżeliśmy wsłuchując się niekiedy w bardzo dziwne dźwięki, bo obydwoje baliśmy się do nich zajrzeć, ze względu na to, co mogliśmy zobaczyć. W pewnym momencie Jenna wydała z siebie przenikliwy pisk. Skąd wiem, że Jenna? Nie miałam pewności, ale podejrzewałam, że Louis nie umie tak piskliwie krzyczeć. Po tym wrzasku nastąpił głośny śmiech ich obojga. Uniosłam jeden kącik ust do góry, a Niall się zerwał.
- Nie zasnę już - warknął niezadowolony i odkrył się.
  Usiadł plecami do mnie. Dopiero wtedy zauważyłam, że spał bez koszulki. Zerknęłam na jego włosy ukradkiem, lecz zaraz moje spojrzenie przyciągnęły bordowe pręgi na jego plecach. Otworzyłam szeroko oczy i natychmiast zakryłam sobie usta dłońmi. Dokładnie trzy pręgi ciągnęły się wzdłuż jego pleców; od prawego barku do lewego biodra. Były wypukłe na około pół centymetra i nie musiałam ich dotykać, żeby to stwierdzić. I byłam pewna, że gdzieś już takie widziałam. Tylko gdzie? To nie mogły być rany zadane przez normalnego człowieka...
- Niall... - szepnęłam, wciąż zszokowana.
- Czego? - Nawet nie raczył się odwrócić.
- Co się stało z twoimi plecami? - szepnęłam i usiadłam po turecku na łóżku.
  Jak na zawołanie, Horan stanął na równe nogi, przodem do mnie. W jego wzroku kryła się wściekłość, lecz zauważyłam też przerażenie. Obcy człowiek zobaczył coś, o czym nikt nie powinien wiedzieć. Jego tajemnica.
- Nic nie widziałaś! - wrzasnął i szybkim krokiem poszedł do łazienki. Zamknął się na klucz i od razu puścił wodę.
  Minutę wcześniej w pokoju Louisa i Jenny zrobiło się bardzo cicho.
  Zdenerwowałam się. Na siebie. Po co się odezwałam?! Po co?! Przecież nie obchodziło mnie co mu się stało! To jego sprawa! On nie interesuje się mną i wzajemnie.
   ~ Ale czy na pewno? - odezwał się głos w mojej głowie.
- Tak. Na pewno - odpowiedziałam sobie sama na głos.
   ~ Kłamiesz.
- Stul się.
  Gdyby ktokolwiek mnie wtedy słyszał, mógłby pomyśleć, że mam nie równo pod sufitem. Rozmawiam sobie z powietrzem. Przecież to takie normalne. W moim świecie i owszem. Ale nie w ich.
  Szybkim zaklęciem zmieniłam piżamy na ładną sukienkę, bo musiałam jakoś wyglądać przed narzeczonym. Przejrzałam się w lustrze, stojącym w rogu pokoju i ze smutkiem stwierdziłam, że Cal ma rację, jeśli mnie nie kocha. Byłam beznadziejna. Głupie, falowane, ciemnoblond włosy. Niski wzrost, niezgrabne nogi, chyboczące się w wysokich butach. I do tego nieumiejętności magiczne. Może i byłam demonoczarodziejką, ale chyba najbardziej niezdarną na świecie. Wychodziły mi proste zaklęcia, bo tylko takich uczyli w Hex Hall, lecz co z resztą? Co z panowaniem nad zmianą pogody? Co z uprawianiem najbardziej pożądanej na świecie czarnej magii, której księga z zaklęciami znajduje się w Thorne Abbey? Co ze wskrzeszaniem umarłych? Umiałabym to wszystko, gdyby się nie okazało, że moja prababcia była mordercą. Jeśli posiadłabym wszystkie te umiejętności, przewyższyłabym mocą nawet mojego tatę. Byłabym niezwyciężona.
  Ale tak to bałam się nawet Oka.
  Stałam przed lustrem tak długo, aż Niall, całkowicie ubrany, wszedł do pokoju. A gdy już to zrobił, rozległo się pukanie do drzwi.
- Śniadanko! - krzyknął blondyn i w podskokach pobiegł do drzwi.
  Jakież było jego rozczarowanie, kiedy nie spotkał w nich seksownej kelnerki z kilkoma tacami wypełnionymi po brzegi wyśmienitymi smakołykami. Znieruchomiał i dopiero po chwili skojarzył mojego narzeczonego, bo zamknął mu drzwi przed nosem bez żadnego ostrzeżenia. Powoli odwrócił się w moim kierunku.
- Czy twój chłoptaś nas śledzi? - zapytał zdenerwowany. - Jeszcze wczoraj był w Anglii.
- On tylko...
- Kiedy ty się przebrałaś? - zmierzył mnie wzrokiem.
  Szlag. Zapomniałam o tym, że Horan nie był ślepy, że mógł coś zauważyć.
- Gdy ty byłeś w łazience - odparłam, stając się, by mój głos zabrzmiał pewnie.
  Jego kolejne słowa zagłuszyło walenie w drzwi z wielką mocą i głos Cala:
- Horan, otwieraj!
- On jest nieprzewidywalny - stwierdził fakt blondyn.
- Otwórz mu, bo zaraz nie będziesz miał czego zamykać - ostrzegłam go.
  Wywrócił oczami i westchnął pretensjonalnie. Podszedł do drzwi, otworzył je i przecisnął się obok Cala, wychodząc z pokoju. Zostałam z nim sama. Oj...
  Cal zatrzasnął drzwi z hukiem, aż zatrzęsły się w ramie. A muszę podkreślić, iż były one bardzo ciężkie. Przyśpieszył mi się oddech, bo zobaczyłam, że chłopak jest wściekły, jak jeszcze nigdy. Wytrzeszczyłam oczy i cofnęłam się. Ze złości niebieskie iskry wystrzeliwały z opuszków jego palców, a włosy mu się nastroszyły. W tamtej chwili bałam się użyć magii, mimo że miałam w tym nad nim przewagę. Podchodził do mnie powoli, a ja się cofałam.
- Ślicznie wyglądasz - rzekł, patrząc na mnie dzikim wzrokiem.
  Takiego go jeszcze nie widziałam.
  W chwili, gdy moje półnagie plecy dotknęły ściany, oszacowałam swoje szanse na ujemne. Wydałam z siebie zduszony okrzyk i zerknęłam na niego błagalnie, ponieważ wiedziałam, że cało z tego spotkania nie wyjdę.
- Nic z tego, słonko - warknął chłopak, stając pół metra przede mną. - Mogłaś pomyśleć o tym wcześniej.
  Zaatakował.
___________
Tak, wiem, ten rozdział jest beznadziejny, bez żadnej konkretnej akcji... Przepraszam, idzie mi coraz gorzej ;c
Aczkolwiek czekam na Wasze komentarze z opiniami, one naprawdę mnie motywują <3

sobota, 8 marca 2014

Rozdział 9

  Momentalnie wyluzowałam. Byłam pewna, że Archer nic mi nie zrobi, więc nie miałam się czego obawiać, a nawet jeśli by próbował, dałabym mu radę. Chyba, że zachcieliby mu pomóc jego "koledzy"...
- Kto by się spodziewał, Cross? - wyszeptałam ze złośliwym uśmieszkiem. - Co cię sprowadza do Paryża?
  Na dźwięk swojego nazwiska, chłopak zaczął się śmiać. Nie zwykliśmy mówić do siebie po imieniu i sądziłam, że przypomniały mu się czasy szkolne, kiedy potrafiliśmy wyzywać się przez kilka godzin. Mimo tego byliśmy przyjaciółmi. Kiedyś.
- Mówisz, że jest po staremu? - zapytał i postąpił parę kroków w moim kierunku. - Po nazwiskach, Mercer?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, Cross - mruknęłam szybko.
  Archer westchnął i zamknął na chwilę oczy. Widocznie miał jakiś poważny i osobisty powód, żeby się ze mną spotkać, bo kiwnął na nieruchomych facetów, a oni zmyli się w ułamku sekundy. Cross podszedł już do mnie normalnie, bez przykrywki zbuntowanego nastolatka i z uśmiechem na ustach. Z tym prawdziwym uśmiechem, który zapamiętałam ze szkoły. Nie chciał nic mi zrobić.
- Jak ci się układa? - zapytał.
  Staliśmy na przeciwko siebie. Obydwoje się uśmiechaliśmy i byliśmy o wiele mniej spięci niż przed momentem. Otaczała nas pustka, ciemność i mgła. Po prawej stała Wieża, a obok niej staw. Nad nami wisiały gałęzie drzew.
- Jestem w otwartym związku z Calem - jęknęłam i spojrzałam w bok.
- Nie kochasz go? - Usłyszałam w jego głosie kpinę i rozbawienie.
- Wolałam ciebie - wyszeptałam.
  Zerknęłam mu w oczy. Przez minutę malowało się w nich bezbrzeżne zdumienie, a potem zadowolenie. Nagle powrócił ironiczny i pewny siebie Cross, ten, którego nie lubiłam.
- To wróć do mnie - zaproponował. - Przyłącz się do nas. Będziemy najpotężniejsi. Już to widzę... - Wykonał ręką ruch, jakby chciał pokazać mi jakieś obrazki na powietrzu. - Demon i czarnoksiężnik. Córka demona i syn... - Niespodziewanie umilkł.
  Nigdy nie lubił wspominać o swojej rodzinie, a ja zazwyczaj o nią nie pytałam. Jasne, że ciekawił mnie ten temat, ale i ja nie miałam w zwyczaju rozpowiadać o mojej rodzinie na prawo i lewo. Szczególnie rok temu. Wtedy mieszkałam jedynie z mamą i Amy, a taty nie znałam. Zostawił nas, gdy urodziła się siostra, a ja miałam dwa latka. Nie pamiętałam go. A mama bardzo niechętnie udzielała mi informacji na jego temat.
  A co z rodziną Archera? Był sierotą? A może miał zwykłych, niemagicznych rodziców? Nie, to niemożliwe. Może się ich wstydził albo pokłócił z nimi? Może poszło o jego członkostwo w Oku?
- Nie przesadzajmy, Cross - warknęłam i odsunęłam się. - Doskonale wiesz, że nie dołączę do Oka. Nigdy. To już chyba sobie wyjaśniliśmy. Po co chciałeś się ze mną spotkać?
- Właśnie po to.
  Znów się uśmiechnął i podszedł do mnie. Umiejscowił dłonie na mojej talii, a ja jakimś sposobem nie chciałam ich stamtąd zdejmować. Uśmiechnęłam się jedynie i spuściłam wzrok, bo poczułam, jak rumienią mi się policzki.
- Proszę, Mercer, wróć do mnie. Potrzebuję cię. Całe Oko cię potrzebuje. Bez ciebie jesteśmy za słabi, nie mamy siły walczyć z Radą, jest nas coraz mniej. Od kiedy przyłączyły się do nas Siostrzyce, jest troszkę łatwiej, ale twoja obecność...
- Co?! - wykrzyknęłam i odskoczyłam od niego.
  Wytrzeszczyłam oczy. Nie, to nie mogła być prawda. Musiałam się przesłyszeć. Oko i Siostrzyce razem? Hahaha, dobry żart Cross. Przecież oni razem to już zagłada dla świata, czego oczekuje jeszcze ode mnie?!
- Wy... - wyszeptałam, wciąż się cofając. - Jesteście razem?
- Nie dosłownie - odrzekł. Wcale nie wydawał się zdziwiony moją reakcją. - Przyłączyły się do nas. I teraz jest o wiele łatwiej, ale z tobą panowanie nad światem zdobylibyśmy w kilka dni. To jak? Wchodzisz w to?
- Chyba sobie żartujesz - mruknęłam.
- Sophie?! Ty durna idiotko, gdzie masz komórkę?! - Usłyszałam z oddali.
  Archer spojrzał z niezadowoleniem za mnie. Prychnął i odwrócił się.
- Jeszcze się zobaczymy - wyszeptał ze złością i zniknął.
- Sophie, odezwij się! - wrzasnęła Jenna i odwróciła mnie do siebie brutalnie.
  Przytuliłam ją mocno i zamknęłam oczy. Dziewczyna przez chwilę się szamotała, wyzywając mnie od różnych, ale potem dała spokój. Otoczyła mnie ramionami i zaczęła uspokajać. Otworzyłam oczy.
- A oni po co tu? - szepnęłam cicho, kiedy dostrzegłam Harry'ego i Louisa.
  Oderwałam się od niej, starając odwrócić swoje myśli od niedalekiej śmierci. Przyjrzałam się chłopakom i poczułam dziwny spokój. A nawet się uśmiechnęłam.
- Uparli się, by przyjść ze mną - odrzekła dziewczyna i z udawanym niezadowoleniem zerknęła na chłopców.
  Zaśmiałam się sztucznie. W środku trzęsłam się ze strachu i potrzebowałam gorącej kawy na przebudzenie, lecz o takiej godzinie większość kawiarni była pozamykana. Musiałam zastanowić się czy powiedzieć o tym tacie, czy nie. Szlag.
  KAWY!
- Co się stało, Soph? - zapytała Jenna.
- Chodźmy stąd, potrzebuję pobudzacza jakiegoś - stwierdziłam.
- Dobrze się czujesz? - Dziewczyna spojrzała mi w oczy. - Masz rozbiegany wzrok i przekrwione oczy, trzęsiesz się i nie możesz skupić na mnie spojrzenia. - Wow, ocena psychologiczna sytuacji. To do ciebie nie podobne, Jen?! - Ćpałaś coś?
  To akurat jak najbardziej.
- Nie...? - spojrzałam na nią dziwnie. - Po prostu... Zimno mi. Chodźmy już.
  Ruszyłam w kierunku ulicy. Reszta podążyła za mną, szepcząc cicho za moimi plecami. Wyjęłam z kieszeni komórkę i napisałam SMS - a do Cala:
"Cal... Błagam cię, nikomu o tym nie mów... Nikomu, rozumiesz?! Spotkałam Archera... I on mi powiedział, że Oko i Siostrzyce Brannick się połączyły! Co mam zrobić?!"
  Znów zaczęłam się trząść. Do tego stopnia, że musiałam schować komórkę i wsadzić ręce do kieszeni. Strasznie się bałam.
  Nagle, na zwyczajnej ulicy w Paryżu, pojawiła się mgła. Bardzo gęsta, zimna i niosąca ze sobą leciutki deszczyk. Przystanęłam i rozejrzałam się. Mgła przypominała mi tą z tego horroru "Mgła" i dodatkowo obleciał mnie strach, że zaraz z tej mgły wylecą na nas jakieś różne stwory. Jak - na przykład - demony.
  Ja byłam demonem! Wybrykiem natury, niechcianym zjawiskiem! Dzieckiem - potworem! Stworzona przez pokręconą świruskę, nazywającą siebie moją prababcią, która dała życie mojej babci-demonowi! A ona mojemu tacie! I ja też jestem demonem! Jestem najgorsza!
  Kiedy zorientowałam się, że Harry łapie mnie za rękę i biegnie, dopiero wtedy zauważyłam, że pada. Błyska się. I grzmi. Jenna leciała już z przodu z Louisem za rękę, co wyglądało bardzo śmiesznie. Zmokłam momentalnie i spojrzałam w niebo, biegnąc za Harrym. To była moja wina.
  O czym mówię? O pogodzie. Tak się czasem działo, kiedy przestawałam panować na emocjami. Mogłam zmieniać pogodę. A że wtedy byłam zdenerwowana, stworzyłam burzę. Fajnie, nie?
  Biegnąc usłyszałam dzwoniącą komórkę, ale ją zignorowałam. Zerknęłam na chłopaka. Śmiał się, a jego włosy były mokre i ogólnie cały był przemoczony. Zresztą jak ja, Jenna i Louis. Zaśmiałam się także i chmury na niebie się rozpłynęły, dając drogę wolną księżycowi. Harry stanął jak wryty i pociągnął za sobą mnie. Wyjęłam dłoń z jego uścisku i zerknęłam na Jennę i Louisa. Podeszli do nas, bo Styles wpatrywał się w bezgwiezdne niebo ze zmarszczonym nosem. Słodko to wyglądało.
- Co jest nie tak z tą pogodą? - zapytał Louis, patrząc niepewnie na Harry'ego.
  Jenna spojrzała na mnie z pytaniem wypisanym na twarzy, a ja pokiwałam lekko głową.
- Możemy iść do hotelu? - szybko zmieniła temat przyjaciółka. - Wciąż jesteśmy mokrzy. I jest zimno.
  Powiedział wampir.
  Harry i Louis spojrzeli na siebie i pokiwali głowami. Tomlinson znów podszedł do Jenny, lecz tym razem wziął ją na barana. Dziewczyna zaczęła piszczeć, ale się śmiała. Louis lekko się zachwiał, bo przyjaciółka się szamotała i wrzeszczała, że jest kretynem, lecz - na szczęście - zaraz odzyskał równowagę.
  Harry odciągnął mnie trochę od nich i dopiero kiedy oni byli dziesięć metrów przed nami, pozwolił mi się ruszyć. Znowu zaczęłam się trząść, ale tym razem z zimna.
- Co się stało, Sophie? - zapytał, nie patrząc na mnie. - Gdzie byłaś?
- Poszłam się przejść - odparłam natychmiast. Być może za szybko.
  Harry spojrzał na mnie.
- A teraz?
- Nic się nie stało, Harry. Jestem tylko trochę zmęczona.
  To w sumie kłamstwem nie było. Oczy mi się już zamykały, ale wiedziałam, że czeka mnie jeszcze rozmowa z Calem i być może tatą, i musiałam się umyć. A do tego wszystkiego potrzebna mi była kawa.
- Możesz przyjść do mnie. Nie jestem pewny, ale Niall już chyba zasnął.
  Zaśmiałam się.
- Lepiej nie, bo będzie tęsknił.
  Harry uśmiechnął się, ale smutno.
- Hej, gołąbeczki! - krzyknął Louis. Jakimś sposobem znaleźliśmy się przed hotelem. - Pospieszcie się, bo będziecie spać na ulicy!
  Byliśmy jeszcze od nich spory kawałek, ale Harry i tak szepnął:
- Co z niego za idiota.
  Przewrócił oczami, a ja znów się zaśmiałam.
  Przyśpieszyliśmy kroku i zaraz weszliśmy do ciepłego pomieszczenia. W lobby został już tylko przysypiający ochroniarz i zbudził się, kiedy weszliśmy do środka. Obserwował nas całą drogę do windy, a potem ponownie opadł na krzesło.
- Winda... - jęknęłam.
- Tak, wiemy, kochasz je - rzekła z sarkazmem Jen.
  Weszłam do niej, a raczej zostałam wepchnięta. Przykucnęłam i skuliłam się w kącie. Strasznie zmarzłam. Harry usiadł obok mnie.
  Całą drogę myślałam raczej o Archerze, więc moja "fobia" się nawet nie odezwała. Strasznie się cieszyłam, że go spotkałam. A następnie on wyjawił mi cel swojej wizyty. Nigdy nie wstąpię do Oka. A przynajmniej nie z własnej woli. A siłą by mnie chyba tam nie dali rady zaciągnąć. Działało to także w odwrotną stronę. To ARCHERA nie dałoby się sprowadzić na tą dobrą drogę. Niemożliwe.
- Zapukaj, zanim wejdziesz do jego pokoju - ostrzegł mnie Louis, kiedy zostaliśmy sami na korytarzu. Harry poszedł pochmurny do pokoju, a do Jen zadzwonił tata, więc także się w nim zamknęła. - Nialler niezbyt lubi, gdy mu się przeszkadza...
- Spokojnie... Mam tylko nadzieję, że pod poduszką nie trzyma tasaka. Jeśli nie, dam radę.
  Uśmiechnęłam się do Louisa i poczekałam aż on, z przerażoną miną, wróci do pokoju. Zapukałam delikatnie do drzwi Nialla. Nie doczekałam się odpowiedzi tak długi czas, że po prostu nacisnęłam klamkę. Jak się można było spodziewać, okazały się one zamknięte na klucz. Westchnęłam i resztką magii, która mi po całym dniu pozostała, otworzyłam je.
  Pokój był cały pochłonięty w ciemnościach i dopiero po chwili moje oczy się do nich przyzwyczaiły. Zauważyłam sylwetkę Horana, leżącego na łóżku, przykrytego kołdrą po same czubki uszu. Uśmiechnęłam się i zapaliłam lampkę, stojącą na jednym ze stolików. Chłopak odwrócił się na drugi bok, lecz wciąż spał. Usiadłam na mięciutką kanapę i wyjęłam komórkę z kieszeni. Dzwonił, oczywiście, Cal. Wiedziałam, że w sprawie Oka. Bałam się go, a, że Cal był jedyną osobą, która o tym wszystkim wiedziała, zadzwoniłam do niego. Nie odebrał.
  Walnęłam komórką o podłogę i potoczyła się ona pod łóżko. Nie zamierzałam jej stamtąd wyciągać. Wyczarowałam sobie ręcznik i piżamy i poszłam wziąć prysznic. Nie stałam pod nim długo, bo zaraz znowu zaczęłabym myśleć o Oku i Siostrzycach Brannick. Umyłam zęby wyczarowaną szczoteczką. Za pierwszym razem wyszedł mi widelec. Byłam w tym coraz lepsza, chociaż dół od piżam wcale nie pasował do reszty.
  Kiedy wyszłam z łazienki, przywitał mnie Nialler siedzący na łóżku. Miał rozkojarzoną minę i przymrużone oczy. Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem i uniósł brwi.
- Aż tak się wczoraj bawiłem? - zapytał nieprzytomnie.
  Przez chwilę patrzyłam na niego ze zdziwieniem, a potem się zaśmiałam. I - żeby wyszło to na moją korzyść - postanowiłam go troszkę pobajerować.
- Oj, tak, zabawiłeś się wczoraj... Kładź się spać.
  Niall całkowicie się rozbudził.
- Gdzie byłem? - zapytał natychmiast. - Z kim? Co robiłem? Kim jesteś?
- Wszystkiego dowiesz się rano...
  Podeszłam do jego łóżka. Usiadłam na nie, a że chłopak nic nie mówił, położyłam się i przykryłam kołdrą. Była jedna, ale wielka. Odwróciłam się do niego plecami i zamknęłam oczy. Poczułam dłoń na mojej talii i zerwałam się ze zduszonym okrzykiem. Niewiarygodnym był fakt, że Niall już spał. Zasnął, przytulając mnie. Westchnęłam głęboko, zgasiłam magią lampkę i położyłam głowę na poduszkę. Natychmiast zmorzył mnie sen.
                                                                           ~*~
  Nie wiem, dlaczego się obudziłam. Elektroniczny zegarek na stoliku nocnym wskazywał godzinę czwartą nad ranem. Było ciemno. Horan leżał już po drugiej stronie łóżka, na brzuchu, przykryty do pasa. Ja też leżałam na brzuchu. Odwróciłam się na plecy i usiadłam.
  Mało nie wrzasnęłam ze strachu. Na środku pokoju stała Elodie i przyglądała mi się ze złością. Ona właściwie UNOSIŁA się nad ziemią. A zdenerwowana była za każdym razem, gdy do mnie przybywała. Już jako duch, lecz za czasów człowieczeństwa miała dokładnie taką samą minę. Ubrana była w te same ciuchy, które nosiła w dniu śmierci. Nie zdarzyło się to po raz pierwszy i to był jedyny powód dlaczego nie wrzasnęłam, budząc całego piętra.
  Zawsze miała mi coś do przekazania.
  Teraz też.
  Jej usta ułożyły się w wyraźne: "Oko tu idzie".
_____________________________________
No cóż... Nie jestem zbytnio zadowolona z rozdziału, więc przepraszam za wszystkie błędy. Wenę mam na przyszłe zdarzenia... A na jak przyszłe to sami zadecydujecie :) Biorąc udział w ankiecie XD Komentujcie, kochani, prooooszę ;3

sobota, 15 lutego 2014

Rozdział 8

  Poszłyśmy za chłopakami do windy. Bałam się wind. Zatrzasnęłam się w jednej kiedyś. Od tamtego czasu unikałam ich, jak ognia. Jenna uświadomiona była o mojej małej fobii, dlatego, gdy tylko drzwi windy się zamknęły, przytuliła mnie. Ścisnęłam ją i patrzyłam na chłopców ukradkiem. Louis wcisnął ostatni przycisk, a Harry objął ramieniem Nialla. Horan zaś momentalnie zlał się potem i oparł o ściankę windy.
- Co mu jest? - szepnęłam cicho do stojącego najbliżej mnie Zayna.
- Ma klaustrofobię - odparł tamten.
  Na szczęście podróż taką niebezpieczną maszyną nie trwała długo i jakoś to z Horanem przeżyliśmy. Wyszliśmy na korytarz.
- Spotkamy się tu za... - Liam spojrzał na zegarek. - Za jakąś godzinę?
  Wszyscy przytaknęliśmy. Najwyraźniej każdy z nich wiedział, gdzie ma pokój.
  Zerknęłam na Nialla. On także na mnie patrzył. Odwróciłam szybko wzrok na Jennę, lecz ona oddalała się już z Louisem, przyczepiona do jego ramienia. Liam, Harry i Zayn też już zniknęli mi z pola widzenia. Na korytarzu zostałam ja z blondynem. Jakoś tak nagle odechciało mi się z nim spać. Nadal nie wiedziałam dlaczego tak mnie nienawidzi i czy moglibyśmy się dogadać...
- Idziesz? - zapytał, odchodząc korytarzem na prawo.
  Dogoniłam go i po chwili otworzył przede mną drzwi. Stanęłam w progu, onieśmielona taką elegancją. Pokój był wielki. Luksus rzucał się w oczy. Miałam wielką ochotę rzucić się na duże łóżko, stojące naprzeciwko wejścia. Szybko jednak wybiłam sobie ten pomysł z głowy i spojrzałam na blondyna.
- Bardzo się wściekasz? - zapytałam niewinnie.
  Horan stał nadal w otwartych drzwiach, patrząc na łóżko niewidzącymi oczami. Kiedy dotarło do niego moje pytanie, zerknął na mnie. Westchnął i zamknął drzwi.
- A mam? - zapytał, podchodząc do dużej torby, leżącej na łóżku.
- No wiesz... - Weszłam wgłąb pomieszczenia. - W końcu to ja ciebie wybrałam, a z tego co widzę, to nie za bardzo mnie lubisz i teraz nagle zrozumiałam, że to było wobec ciebie nie w porządku, że powinnam raczej...
- Przestań - mruknął, wyjmując z torby flanelową koszulę. - Po prostu poudawajmy przez te kilkanaście godzin, że jest w porządku. Wy z Jenną odjedziecie i znów będzie po staremu.
  To mnie troszkę zraniło. On mnie tam nie chciał.
- Mogę stąd pójść - szepnęłam, starając się nad sobą zapanować. - Wystarczy, że powiesz.
  Niall rzucił wściekły koszulę na podłogę i zacisnął pięści. Podszedł do mnie, ale ja się nie cofnęłam. Może i się bałam, lecz na dobrą sprawę, to nie miałam czego. To człowiek.
  Blondyn spojrzał mi w oczy.
- Tak - rzucił. - Chcę, żebyś stąd poszła.
  Uniosłam zdumiona brwi. Tego się nie spodziewałam.
  Mimo że jakoś specjalnie za nim nie przepadałam, zabolało mnie to okropnie. A może i zdziwiło... W końcu co ja mu zrobiłam? Dlaczego tak się zachowywał?
  Wzięłam głęboki oddech, zamykając oczy, bo czułam, że zaraz dam upust magii. Otworzyłam je ponownie i zwyczajnie wyszłam z pokoju.
                                                                           ~*~
  Wyszłam z hotelu już nie wściekła. Strasznie chciało mi się płakać. Nie wiedziałam gdzie jestem, dlatego postanowiłam się zgubić. Skręciłam w lewo i poszłam przed siebie. Wepchnęłam ręce w kieszenie jeansów. Przedtem wyciszyłam komórkę. Już widniało na niej dwadzieścia połączeń nieodebranych od taty i czternaście od Cala. Było mi zimno. Spuściłam głowę, lecz oczy miałam podniesione. Obserwowałam mijających mnie ludzi z wielką uwagą. Dlaczego? W sumie to nie wiem. Może z przyzwyczajenia. Tato bardzo kładł nacisk na to, bym była czujna. Wpajał mi przez całe wakacje, że nawet mój przyjaciel może być wrogiem. Miałam wtedy przeczucie, że mówi o Archerze...
  Przez moje rozmyślenia o tym, żeby być czujnym, wpadłam na jakiegoś faceta z aparatem. Natychmiast pstryknął mi fotkę i uciekł. Stałam przez chwilę ogłupiała na środku chodnika. Faceta wciąż miałam w zasięgu wzroku. Zmrużyłam oczy i po chwili leżał on, wijąc się z bólu. Powoli do niego podeszłam i klęknęłam przy nim.
- Po co to zrobiłeś? - zapytałam spokojnie.
  Facet mógł mieć góra trzydzieści lat. Miał kilkudniowy zarost i głupi uśmieszek na twarzy.
  Coś mi się nie zgadzało. Czemu się uśmiechał?!
- Dowiesz się, maleńka.
  Wstał, niepowstrzymywany już moją magią i otrzepał się. Sprawdził czy ma aparat w całości i zaśmiał się. Tym razem się cofnęłam. Nawet ze strachem.
- Dlaczego...
- Wiesz... - przerwał mi. - Ktoś chciałby z tobą pogadać.
- Kim ty jesteś? - Otworzyłam szeroko oczy, uświadamiając sobie, kim może być ten człowiek.
- Przyjdź dzisiaj o jedenastej wieczorem na Pole Marsowe. Sama. A... no i radzę ci nie mówić nikomu, że się ze mną widziałaś, bo ucierpi na tym twoja przyjaciółeczka.
  Facet nagle zniknął.
  Rozpłynął się w powietrzu.
  Oko.
                                                                              ~*~
  Otrząsnęłam się z przerażenia i wróciłam do hotelu sztywnym krokiem. Przeszłam przez hol, obserwowana przez wszystkich pracowników i wsiadłam do windy. Złapałam się kurczowo barierki i zamknęłam oczy. Zastanowiłam się, po co wracam. Nie miałam pojęcia. Może bałam się o Jennę? Nie. Nie miałam zamiaru nikomu mówić o tym facecie, dlatego podejrzewałam, że przyjaciółka jest nietknięta. Ale... Oko? Po co? Dlaczego? Co ja zrobiłam? I - jeśli ten facet rzeczywiście był z Oka - dlaczego od razu mnie nie zabił, i czemu to był CZARODZIEJ?! Przecież w Oku byli sami ludzie! No... Pomijając Archera. Ale Archer to wyjątek. Tam byli tylko ludzie. Zabijali nożami, rzadziej pistoletami, a wampiry kołkami. Lub czymś żelazowym. Nie znałam się na tym. I nie chciałam. W sumie to wampirowi wystarczyło zabrać Krwawy Klejnot. To taki przedmiot na łańcuszku, który pozwalał wampirom normalnie funkcjonować w dzień.
  Dlaczego chcieli mnie? Archer kiedyś proponował mi przejście na ich stronę, ale nie mogłam się na to zgodzić. To byłoby sprzeczne z prawem. A tym bardziej się bałam, bo to mój ojciec egzekwował prawo. Masakra.
  Podeszłam powoli pod drzwi pokoju Nialla. Westchnęłam i zapukałam.
- Zayn, już ci mówiłem - usłyszałam głos blondyna. - Nie zabrałem twojego lusterka. Liam je ma.
  Weszłam nieproszona do środka.
- To nie Zayn - szepnęłam.
  Niall stał w samych spodniach, z przewieszonym na ramieniu ręcznikiem. Przez chwilę gapiłam się na jego umięśniony tors, lecz szybko spuściłam wzrok, kiedy na mnie spojrzał.
- Czego tutaj szukasz? - warknął.
- Niall, przepraszam cię... Proszę, pozwól mi tutaj zostać.
  Zerknęłam na niego błagalnie.
  Blondyn zmrużył oczy i podszedł do mnie.
- Niby czemu mam ci na to pozwolić?
- Bo... - zacięłam się. - Na dole są reporterzy. Boję się ich.
  Kłamstwem to to nie było. Przecież tamten facet miał aparat, a nawet pstryknął mi zdjęcie. Ale Niall się o tym nie dowie.
  Przez długą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy; ja z błaganiem, on ze złością. Po jakichś 3 minutach wziął głęboki oddech i westchnął:
- Dobra. - Zauważyłam, że bardzo ciężko było mu wymówić to słowo. - Idę się umyć. Zaklucz drzwi i... A z resztą. Rób co chcesz, tylko niczego nie rozwal.
  Pokiwałam głową i zamknęłam za sobą posłusznie drzwi. Horan zniknął w łazience. Jeśli dobrze skojarzyłam, nie zakluczył się.
  Wyjęłam komórkę z zamiarem podgłoszenia jej i akurat trafiłam na połączenie przychodzące od Cala. Tym razem odebrałam, siadając ostrożnie na kanapę. Podniosłam komórkę do ucha.
  Od razu powitał mnie zdenerwowany głos Cala:
~ Czy ty dziewczyno czytałaś dzisiejszą gazetę? Możesz mi powiedzieć, czemu nie ma cię jeszcze w  Thorne Abbey? Albo chociaż wytłumacz mi po co poszłaś z tym całym One Direction do hotelu, skoro miałaś pojechać tylko po Jennę? Czemu nie odbierasz telefonów ode mnie i od ojca? Czy ty nie wiesz, że ostatnio zanotowano największy współczynnik wykrywalności Oka właśnie we Francji? Kiedy ty masz zamiar wrócić?
  Nie zdziwiły mnie bardzo pytania chłopaka. Zranił mnie ton jego głosu. Udawał zdenerwowanego, ale wyczułam w tym nutkę obojętności. Tato mu kazał zadzwonić? Dosyć prawdopodobne. Cal się nie wściekał. To było smutne. Czy mu na mnie w ogóle zależało?
- Poczekaj, powoli... Wrócę... Nie wiem, błagam, nie zadręczaj mnie tym. Jen już jest ze mną, wrócimy, jak odwidzi się jej romansowanie z zajętym członkiem zespołu. Czyli pewnie będziemy tu sterczeć kilka dni. Nie wrócimy szybciej. Może w poniedziałek? Ale już w Hex Hall. Tacie powiedz, że ma się o mnie nie martwić...
~ Ale tam jest Oko. Jak możemy się nie martwić?
- Cal, jestem... - Na szczęście w porę ugryzłam się w język. Chciałam powiedzieć "demonem". Mogłabym, gdyby nikogo nie było w pokoju. Ok, byłam sama, ale nie słyszałam puszczanej wody w łazience, dlatego powinnam zostać ostrożna. - Poradzę sobie, nie bójcie się o mnie. Jak tam Amy? Wróciła do domu?
  Usłyszałam westchnięcie.
~ Pojechała z twoją mamą do jej domu. Też wraca w poniedziałek i radzę ci wynagrodzić jej to, że to nie ona spędza czas ze swoimi idolami. Dzisiaj, jak przyjechała ze szpitala i zauważyła tą gazetę z tobą i tym zespołem na okładce to wpadła w taki szał, że zamknęła się w tym pokoju pełnym luster, w którym ty ćwiczyłaś i rozbijała każde po kolei. Po godzinie wyszła, cała zapłakana. Nie chciałbym z nią rozmawiać na twoim miejscu. Do poniedziałku.
  Rozłączył się.
  Nie ma to, jak uczuciowy chłopak, nie? Nie, to WCALE nie jest sarkazm.
  Byłam wściekła. Znowu. Miałam ochotę polecieć Itineris do Thorne Abbey i przyłożyć Calowi tak mocno, że przy tym furia Amy byłaby niczym. Miałam ochotę coś roztrzaskać, zgnieść, potłuc, zabić...
  Stałam z lampą w ręku, wycelowaną w okno, kiedy Niall wyszedł z łazienki.
- Co ty robisz?! - wrzasnął.
  Tym razem, jakby ostatnim było za mało, wokół bioder miał owinięty biały ręcznik z logo hotelu. Nie zwróciłam na to uwagi. Zwyczajnie popatrzyłam na niego, potem na lampę i zaczęłam myśleć po co ją trzymam.
- Przepraszam, nie chciałam. - Odstawiłam lampę. - To wszystko przez Cala.
  Musiałam wyjść. Szybko.
  Zgarnęłam z podłogi torbę i nałożyłam na siebie kurtkę.
- Gdzie ty idziesz? - zapytał Horan, cały czas stoją ze zdumioną miną w drzwiach łazienki.
- Nie wiem.
- Wrócisz? - Nie, nie mówił tego przyjaźnie. Raczej z pretensją.
- Nie muszę. Jeśli Jen się będzie pytać, powiedz, że... Że jak coś, to się spotkamy w szkole.
  Wyszłam.
  Nie usłyszałam już, jak Niall szepcze "Wróć..."
                                                                       ~*~
  Do godziny 22:45 błąkałam się po całym Paryżu, znów ignorując dzwonienie komórki. A dzwonili wszyscy: mama, tata, Cal, pani Casnoff, Jenna i Amy. Nie chciałam, żeby się martwili, chociaż pewnie tym milczeniem 'upewniłam' ich w przekonaniu, że nie żyję i jestem zakopana w lesie. Do tego poćwiartowana. Źle się czułam z tym, że w ogóle zaczęłam tą "przygodę" z zespołem. Przecież ja nie byłam ich fanką. Zamiast mnie, wolałabym, żeby to była Directionerka. Zwyczajna dziewczyna, nie mająca magii, wrogów i wizji spędzenia reszty życia z niekochającym chłopakiem, na stanowisku szefa Rady, na głowie. To nie powinnam być ja.
  O równej jedenastej stanęłam na początku Pola Marsowego. Od strony północnej. Zamiast obserwować ludzi, patrzyłam na Wieżę Eiffela. Była o wiele większa, niż na pocztówkach. Dobra, wiedziałam, że jest większa, ale nie aż tak... Ludzi nie było. Zostałam sama, powoli zmierzając do wieży.
  Wtedy ich zobaczyłam. Okrążyli mnie. Było ich około trzydziestu. Pojawili się znikąd. Czarodzieje.
  Oko.
  Usłyszałam śmiech. Przeraziłam się i to nie na żarty. Spięłam mięśnie, starając się jednocześnie zapanować nad magią, jak i nie dopuścić do tego, by użyć jej o sekundę za późno. Byłam trochę zmęczona; w ciągu ostatnich 8 godzin spacerowałam bez celu po mieście. Tak około. Nie patrzyłam na zegarek.
  Bałam się. Po raz pierwszy zostałam postawiona w takiej sytuacji. Jedna nastoletnia dziewczyna kontra trzydziestka dorosłych facetów. Chciałam mieć wtedy przy sobie kogoś, kto by mnie obronił. Albo chociaż powspierał słowami. Psychicznie. Kogokolwiek, komu ufałam.
- Proszę, proszę... Sophie Mercer - usłyszałam głos za moimi plecami. - Stęskniłaś się?
  Odwróciłam się błyskawicznie w tamtą stronę.
  Z rękami założonymi na piersi i głupawym uśmieszkiem na twarzy, stał tam Archer.

wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 7

  Patrzyłam na nich, upewniając się, czy rzeczywiście idą w naszą stronę. Niestety tak było. Westchnęłam i wysłałam przepraszające spojrzenie Jennie.
  A na placu zaległa cisza. Wszyscy patrzyli na nas. To znaczy, WIĘKSZA część patrzyła na nas. W tej większości znajdowały się głównie nastolatki, ale zauważyłam też młodsze dziewczynki i starsze kobiety. Z daleka zobaczyłam kilku ochroniarzy biegnących w naszą stronę i krzyczących do sławnej piątki, żeby uciekali do auta. Przybliżyłam się do Jenny, a Louis zawołał:
- Chodźcie z nami!
- Ale po co?! - odkrzyknęłam. Moja przygodna z nimi miała się przecież już skończyć!
- O co chodzi? - szepnęła mi cicho Jenna do ucha, ciągnąc za rękaw.
- Później... - mruknęłam tylko, bo Harry mi przerwał:
- No, chodźcie! Bo nas zaraz zabiją!
  Jakby na potwierdzenie jego słów, zaraz na placu zrobił się wielki szum. Narastał on z każdą sekundą i w końcu dobiegły do nas krzyki fanek i tupot ich stóp. Chwyciłam rękę blondynki i ruszyłam biegiem w stronę zawracających chłopaków. Oni dobiegli już prawie do samochodu i wepchnęli się do niego pierwsi, a my, zdyszane, za nimi. Jen wbiegła przede mną i już zajęła miejsce obok Liama, który leżał głową na kolanach Zayna. Ja wciąż siedziałam na podłodze, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Zaraziłam nim resztę. Po chwili znów wszyscy się śmialiśmy, nawet przyjaciółka, jakbyśmy byli dziećmi.
  W ciągu tych paru minut odprężenia, Jenna zdążyła zapytać się z pięć razy o co chodzi, ale my nie byliśmy w stanie jej odpowiedzieć. Ciągle siedzieliśmy lub leżeliśmy w swoich starych pozycjach, trzymając się za bolące od śmiechu brzuchy.
- Serio, Soph... - Jenna zaczęła się irytować. - Powiedz mi co się dzieje.
  Zakaszlałam i zamknęłam oczy, by się uspokoić. Pomogło.
- No, wiesz... Generalnie to przyjechałam tu po to, żeby zabrać cię do Hex Hall... Miałam to zrobić przez Itineris, ale... Jakoś się tak złożyło, że użyłam ludzkich środków transportu... Rozumiesz?
- Ja nie bardzo - odezwał się Louis, wpatrzony w Jen, ze zdezorientowaniem wypisanym na twarzy. Przeniósł wzrok na mnie. - Co to jest Hex Hall i Itineris?
- Hex Hall to nasza szkoła prywatna z internatem - odrzekłam szybko - a Itineris to imię, którym ochrzciłam moje auto.
  Kątem oka zauważyłam kpiący uśmiech na twarzy blondynki, ale zmyła go, kiedy napotkała mój wzrok. Zerknęła na swoje ręce, starając się uspokoić.
- Moja dziewczyna też chodzi do szkoły z internatem... - mruknął, smutny nagle, Zayn. - Nawet się podobnie nazywa... Tylko, że Hekate Hall, a nie Hex Hall.
  Jak na komendę, z Jenną spoważniałyśmy i spojrzałyśmy na chłopaka.
- Że co? - zapytałyśmy równocześnie. - Jak się nazywa?
  OMG.
- Ma na imię Perrie - odrzekł chłopak z delikatnym uśmiechem.
  Wytrzeszczyłam oczy i wbiłam wzrok w Zayna. To chyba jakiś żart?!
  Jenna spojrzała na mnie z wyraźną ulgą.
- Nie znam jej.
- Bo... Chodzicie do innych szkół? - zapytał z lekką ironią Louis.
- Ja ją znam - odparłam. - Mało tego... Mieszkam z nią i, szczerze powiedziawszy, to... No, nienawidzimy się. Sorry, Zayn, ale taka prawda. Jakoś ta twoja dziewczynka mi do gustu nie przypadła. A tak w ogóle... - mruknęłam szybko, chcąc szybko zmienić temat. - To jest Jenna, moja przyjaciółka.
  Jen zerknęła na mnie szybko i uścisnęła chłopakom ręce tak krótko, jak tylko można. Była przecież wampirem i mogli ją odkryć przez lodowatą dłoń... Nie chciałabym być wampirem, same kłopoty. Najgorzej było z jedzeniem. Co prawda, przyzwyczaiłam się, jak Jenna "siliła" się w naszym pokoju, wyjmując za każdym razem jeden worek czystej RH-, ale na samym początku mało nie zwymiotowałam.
- Jakie sweetaśne pasemko! - wrzasnął Liam do ucha Jen i chwycił jej różowe pasemko w obydwie dłonie.
  Blondynka uśmiechnęła się do niego pogodnie.
- A tak właściwie... - zaczęłam, opierając się o tył samochodu. Nie widziałam powodu, dla którego miałam usiąść normalnie na fotelu, mimo że obok Horana było jeszcze jedno wolne miejsce. - Gdzie my jedziemy?
- Hm... Dobre pytanie - zastanowił się Harry.
- No rzeczywiście - mruknął z kpiną Louis. - Nie wiem... Może do hotelu?!
  Harry spojrzał na niego ze złością i walnął go w twarz. Louis znów zaczął się śmiać i mu oddał. Potem Loczek także się uśmiechnął i znów go uderzył.
  Cała nasza siódemka wybuchnęła śmiechem, przy akompaniamencie uderzeń w twarz Louisa i Harry'ego. Trwało to jakiś czas, gdy głos z głośnika oznajmił:
- Nous sommes ici.
  Razem z Jen spojrzałyśmy po sobie pytająco, a ja zaraz zerknęłam na Louisa, bo wiedziałam, że on zna francuski. Wytłumaczył nam ze śmiechem, że dojechaliśmy na miejsce.
  Wyjrzałam przez przyciemnione okno. Wytrzeszczyłam oczy. Na zewnątrz tłum fanek znów krzyczał i znów trzymał różne transparenty, niektóre z bardzo dziwnymi słowami...
- Czy jest takie miejsce, w którym nie ma fanów albo reporterów? - zapytałam, starając się, żeby mój głos zabrzmiał normalnie.
  Chłopcy spojrzeli zmartwieni na mnie i Jennę, nie odpowiadając na moje pytanie.
- Mam pomysł! - wrzasnął Niall i oberwał od Zayna za to, że krzyknął mu do ucha. Mimo wszystko kontynuował. - Wyjdziemy pierwsi i wszyscy zajmą się nami, a szofer kawałek odjedzie, one wyjdą, wejdą do hotelu i tam na nas poczekają!
  Niall, zadowolony ze swojego przebłysku geniuszu, patrzył po wszystkich, a mnie zostawił na koniec. Jego oczy nagle zrobiły się nieobecne i przestał się uśmiechać, wzrok szybko kierując z powrotem na Liama.
  Wszystko pięknie, ślicznie, zagranicznie, tylko...
- Po co to wszystko? - mruknęłam. - Ja powinnam już dawno wrócić do domu, bo nikomu nie powiedziałam, że wyjeżdżam, muszę iść jutro do szkoły i Jen tak samo...
- No weeeeeźcie - jęknął Harry. - Nie uciekajcie jeszcze. Dopiero się poznaliśmy. Wyjdziemy gdzieś po koncercie lub przed.
- Tak, przed będzie lepiej - odparł Zayn. - Po koncercie będziemy zmęczeni.
- No i jutro... - dokończył niepewnie Louis.
- Nie - odrzekłam stanowczo. - Nie mam pieniędzy żeby tu zostawać...
- Więc zostaniecie u nas! - krzyknął radośnie Harry.
  Eee...
                                                                     ~*~
  Po całej akcji, która trwała w sumie piętnaście minut, czekałyśmy na chłopaków w lobby hotelowym. Usiadłyśmy się na brzegu kanapy, niepewne co do ich "GENIALNEGO" pomysłu. Miałam gigantyczne wątpliwości. Musiałam chodzić do szkoły, bo funkcja taty nie czyniła ze mnie żadnego VIP - a. A poza tym, ja sama chciałam być normalna, chciałam, żeby traktowano mnie na równi ze wszystkimi, a oni o tym wiedzieli. Dlatego tym bardziej bałam się reakcji taty i Casnoff. Mama była łagodniej usposobiona jeśli chodziło o szkołę.
- Jenna, ja cię bardzo za to przepraszam... - zaczęłam.
- Żartujesz?! - krzyknęła z uśmiechem na ustach, odwracając się w moją stronę. - To może być najlepsza przygoda mojego życia! Ja ci powinnam na kolanach za to dziękować! I za to, że... Że po mnie przyjechałaś.
  Uspokoiła się i zerknęła mi w oczy z wdzięcznością.
  Mogłabym się uśmiechnąć i powiedzieć "nie ma za co", ale nie zrobiłam tego.
- Jesteś Directionerką? - zapytałam zamiast tego.
  Jen zwiesiła głowę i westchnęła.
- Jestem.
  Oburzyłam się.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?! - krzyknęłam ze złością, dźgając ją w ramię.
  Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i podniosła głowę, słysząc w moim głosie rozbawienie. Zapatrzyła się w wielki obraz nad głowami dwóch recepcjonistów i zaczęła się śmiać.
- Wiesz, bałam się... Że... Że zaczniesz mnie hejtować. Nie lubiłaś ich i dlatego wolałam o tym nie wspominać...
- Jen, jesteś moją najlepszą przyjaciółką. - Wciąż patrzyłam na nią z oburzeniem. - Myślisz, że gdybyś powiedziała mi o swojej mrocznej tajemnicy zmieniłabym do ciebie nastawienie? Nie, bez przesady, jestem tolerancyjna. Tym bardziej, że Amy... Rozumiesz.
  Jenna spojrzała na mnie z rozbawieniem i wtedy do lobby weszli chłopcy. Mieli uśmiechy na ustach i byli zadowoleni. Ujrzeli nas, ale podeszli do recepcjonistów. Rozmawiali z nimi chwilę, a potem z jakimś dużym facetem. Chyba ochroniarzem. Gdy w końcu ustalili to... co mieli ustalić, podeszli do nas. Rozsiedli się na podłodze przed nami ciągle z uśmiechami na twarzach.
- Jakieś propozycje? - zapytał Zayn.
  Zerknęłyśmy na siebie ze zdziwieniem.
- Mógłbyś się jakoś określić? - spytałam niewinnie.
- Chodzi mu o to... - zaczął Louis - jak będziemy spać.
  Uśmiechnął się takim mega pedofilskim uśmieszkiem.
  Szczerze mówiąc, to mnie zamurowało. Nie pomyślałam o tym, że trzeba będzie spać... Jenna się nie musiała tym martwić, ale ja byłam CZŁOWIEKIEM. Musiałam spać. A Jen, jeśli chciała zachować w tajemnicy swój sekret, też musiała to zrobić. Ale... Moment.
- Czekajcie - zaoponowałam, zanim reszta uśmiechnęła się po pedofilsku. - Jak wy mieliście spać?
- Apartament Królewski - odrzekł natychmiast Harry. - Cztery sypialnie plus jeden pokój gościnny. Zarezerwowane na trzy dni.
- To wychodzi pięć pokoi... - Zmartwiłam się. Umiałam matematykę do tego stopnia, że zauważyłam, że nas było więcej. - Nie da się. Musimy wrócić. Nie zmieścimy się.
  Jenna zaczęła smutać. Rozumiałam ją. Biedactwo moje.
- Jasne, że się da - zaprzeczył Liam. - Te łóżka są dwuosobowe.
  HAHAHA, dobry żart, Payne. Nie ma szans.
- Idealnie! - wykrzyknął Harry. - Nas jest pięciu, a was dwie. Do wyboru do koloru.
  Tym razem wszyscy przybrali słodkie uśmieszki. Nawet Horan, co mnie zdziwiło. Czyżby odmieniło mu się po naszej rozmowie?
  Zerknęłam na Jennę. Jak urzeczona wpatrywała się w Louisa z szeroko otwartymi oczkami.
  Musiałam postawić się na jej miejscu. Miałam sobie idola i szansę spania z nim. Nie dosłownie, oczywiście... Ale jednak. Dzielić z nim łóżko. Marzenie.
- Och... - Westchnęłam. - Niech będzie.
  Ledwo zdążyłam do końca to powiedzieć, a już ściskana byłam przez przyjaciółkę.
  Wyszeptała mi do ucha:
- Dziękuję. Kocham cię.
- Ja ciebie też - odparłam równie cicho.
- Więc... Zajęta któraś? - zapytał Liam, unosząc dwuznacznie brew.
  Zgłosiłam się, jak grzeczne dziecko w szkole.
- Ja, ale to już chyba zauważyliście. Mam chłopaka.
  To był problem. Cal. Zabiłby mnie gdyby się dowiedział, że go zdradziłam. Chociaż spanie w łóżku z baaardzo przystojnym facetem, leżącym na drugim końcu łóżka to jeszcze nie zdrada, prawda?
- Więc jak śpimy? - zapytał Harry uśmiechający się jak dwuletnie dziecko.
- Jen z Louisem - odparłam natychmiast.
- Lou ma dziewczynę... - szepnął Zayn.
- No i co z tego? - odrzekł Louis. Wstał szybko i postawił Jennę na nogi. Zajął jej miejsce na kanapie i posadził ją sobie na kolanach. - Przecież będziemy grzeczni.
- El nie będzie zadowolona. - Zayn wciąż nie był przekonany.
- Eleanor się nie dowie - uśmiechnął się złośliwie Tomlinson.
  Dupek. Miałam nadzieję, że przynajmniej Jen okaże rozsądek i nie zrobi niczego głupiego. Miałam nadzieję, że ona wie, że to gwiazda światowej sławy i taka jedna wpadka mogła go zniszczyć.
  To Jen.
  Nie oczekujmy cudów.
- A ty, Sophie? - zapytał uprzejmie Harry, jakby pytał się mnie czy nie napiłabym się z nim kawy w jakiejś gustownej restauracji.
- Niech będzie...
  Spojrzałam po kolei na chłopaków, którzy zostali. Dokładnie naprzeciwko mnie siedział Styles, po jego lewej Payne, a po prawej puste miejsce po Louisie. Dalej siedział Malik, a na szarym końcu Horan. Zayn odpadł od razu, bo był zbyt ciekawski i mógł przez przypadek odkryć kim jestem, przez moją nieuwagę. I nie lubiłam jego dziewczyny. Payne był ok, ale wolałam być uczciwa wobec Amy.
  Horan vs Styles
  To chyba jasne.
- Niech będzie Horan. - Uśmiechnęłam się złośliwie.
  Będzie wesoło.
  Będzie BARDZO wesoło.
_____________________
Przepraszam Was za taką dłuuuuugą przerwę ;c Wena uciekła ;c Wybaczcie... Mam nadzieję, że nie zanudziłam? W tym rozdziale nie było żadnej tam akcji... -.-' Przepraszam, postaram się, żeby następny  był dłuższy i ciekawszy <3 #promise

niedziela, 5 stycznia 2014

Liebster Awards!!!

Szczerze dziękuję za nominację od Misiuni69 i Burbon. Dziękuję! Miałam tego nie robić, ale jakoś tak... :D

Zostałam nominowana przez:
1.http://aliszewska38.blogspot.com
2. http://crazy-my-love.blogspot.com

Pytania od Misiuni69:
1. Co lubisz jeść?
2. Co lubisz robić?
3. Czym się interesujesz?
4. Czy lubisz czytać? Jak tak, to co?
5. Jaki jest twój ulubiony film?
6. Jaki jest twój ulubiony wykonawca? (muzyka)
7. Gdzie lubisz spędzać wolny czas?
8. Czy masz zwierzaka?
9. Czy masz rodzeństwo?
10. Czy lubisz sport?
11. Czy masz jakieś ulubione słodycze?

1. Lubię spaghetti *.*
2. Czytać, słuchać muzyki (nałóg) siedzieć przed laptopem ^.^
3. W sumie to... lekka obsesyjka na punkcie aut?? :D
4. UWIELBIAM <333 Co? Harry Potter, Wizje w mroku, Zmierzch, Jutro, Wieczni, Pierwotny Strach... Ale to tylko niektóre :>
5. Uu... TIU, of course, ale jeśli z tych innych, to... 13 Dzielnica ;****
6. One Direction <3333 Ale jeśli chodzi o solo wokalistów to chyba... Eric Saade <333
7. Nolifując przed lapkiem... albo... nie, jednak przed lapkiem jest ok ^.^
8. Mam chomiczka ;33
9. Młodszą siostrę posiadam :>
10. Nie za bardzo... nie znosiłabym go, gdyby nie siatkówka <33
11. DUMLE O____O

Pytania od Burbon:
1. Co daje Ci natchnienie?
2. Czy czasami, przez pisanie, olewasz wszystko i wszystkich innych?
3. Pomysł na bloga pojawił się sam, czy ktoś Cię zainspirował? Jeśli tak, to kto?
4. Czy masz swoją jedną, jedyną piosenkę, której możesz słuchać w kółko?
5. Kto Twoim zdaniem jest najprzystojniejszym facetem na Ziemi?
6. Jaka jest najbardziej zwariowana rzecz, jaką w życiu zrobiłaś?
7. Jakie są Twoje ulubione słodycze?
8. Jak siebie oceniasz? Chciałabyś się zaprzyjaźnić ze swoim klonem?
9. To Twój pierwszy blog, czy już coś kiedyś pisałaś?
10. Masz taką prawdziwą przyjaciółkę od serca?
11. O czym myślisz, żeby się uspokoić?

1. Do tego bloga akurat, natchnienie daje mi samo słuchanie Ich piosenek i do tego kilka zdjęć tych przystojniaków ;**
2. Jeszcze się tak nie zdarzyło... Ale najczęściej moje myśli biegną w tym kierunku, więc jakoś tam wszystko olewam ^^
3. W sumie to pomysł pojawił się po przeczytaniu książki "Dziewczyny z Hex Hall" i kilku rozmowach z przyjaciółką, Jenną... Tak, ona mnie wspiera <3
4. Jak narazie jest nią "Nobody Compares" ;333
5. Tu mam dylemat... Waham się pomiędzy Niallem Horanem, a Jacksonem Rathbonem (Zmierzch - Jasper)... Wydaje mi się, że... Nie, naprawdę nie potrafię wybrać ;c
6. W zasadzie to ja... Grzeczna jestem XDD
7. U góry ^^
8. Nie lubię się i NIGDY bym nie chciała się ze sobą zaprzyjaźnić... Nudna jestem -.- (true story, bro)
9. Aktualnie piszę dwa blogi... Ten i jeden o Zmierzchu, ale przed tym pisałam takie opowiadanie, ale wena się skończyła :((
10. Mogę się pochwalić, że mam dwie <333 Jennę ;**  i drugą kuzynkę, Sandrę ;**
11. Nie wiem czemu, ale często myślę o ważnych dla mnie ludziach, staram się przywołać przed oczami Ich obraz <3 To mnie uspokaja :)


Nominacje XD:
1. http://nowe-zycie-sakury.blogspot.com/
2. http://storytellers-harrystyles.blogspot.com/
3. http://amelia-zmiany.blogspot.com/
Przepraszam, że tak mało, ale obecnie mam tak mało czasu, że rzadko co coś czytam, tym bardziej, że sama piszę dwa blogi ;c

Moje pytania:
1. W którym województwie mieszkasz?
2. Jaki jest Twój ulubiony zespół/wokalista?
3. Co daje Ci siłę?
4. Jaką nadludzką moc wybrałabyś?
5. Na jakie zajęcia pozalekcyjne z przyjemnością byś chodziła?
6. Jaki kraj chciałabyś zwiedzić najbardziej?
7. Wymarzona kariera zawodowa?
8. Z jakich portali społecznościowych korzystasz?
9. Z kogo bierzesz przykład?
10. Gdzie chciałabyś mieszkać w przyszłości?
11. Którym z superbohaterów chciałabyś być? :)

wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział 6

  Obudziłam się.
  Obudzenie się było w tym przypadku przenośnią, gdyż otworzyłam jedynie oczy. Znów widziałam jedynie ciemność i strasznie bolała mnie głowa. W sumie to bolało mnie wszystko i dlatego bardzo nie chciałam się ruszać.
- Nareszcie wstałaś - usłyszałam obok siebie szept pomieszany z ulgą.
  Leżałam na łóżku pod kołdrą w pokoju Cala. Poznałam to po jego zapachu. Chłopak klęczał przy mnie i co chwilę ocierał mi czoło zimną i mokrą gazą. Obróciłam głowę lekko w jego kierunku i pisnęłam z bólu.
- Leż i się nie ruszaj - rozkazał łagodnie.
- Co się stało? - szepnęłam i poczułam napływające mi bez powodu łzy do oczu.
  Nastała chwila milczenia.
  Naprawdę mnie miałam zielonego pojęcia, dlaczego leżałam cała obolała w łóżku Cala. Nic sobie nie przypominałam. Ostatnie, co zapamiętałam, to wejście do domu w Thorne Abbey. Miałam przed oczami obrazy z koncertu, zza kulisów, chłopców z zespołu i nieprzytomnej Amy w szpitalu. Pamiętałam tatę, który rozkazał mi wracać do Thorne Abbey razem z Calem i przysługę, którą oddali mi chłopcy. Wróciłam. Ale co się stało potem?
- Spadłaś ze schodów, słonko - mruknął chłopak. - Pomogłem ci, ale ból głowy zostanie przez jeszcze jakieś pięć minut. Musisz wytrzymać.
- Nie jestem pewna czy wytrzymam tak długo - szepnęłam z ironią.
  Zaśmiał się.
- No i już powróciła moja kochana Sophie.
  Nachylił się i mnie pocałował. Miałam wielką ochotę odwzajemnić pocałunek, ale kiedy tylko podniosłam się szybko na łokciach, mało nie zwymiotowałam. Padłam z powrotem na poduszki, wijąc się z bólu brzucha.
- Pomóż mi - jęknęłam na wydechu.
  Cal wciągnął głęboko powietrze i jakimś cudem położył mi dłonie na brzuchu. Poczułam rosnące gorąco, wydobywające się z jego rąk i rozluźniłam mięśnie. Nagle przestała boleć mnie brzuch, jak i głowa.
- Lepiej? - zapytał chłopak z troską.
  Pokiwałam głową. Usiadłam na krawędzi łóżka i zerknęłam w oczy chłopaka z miłością.
- Dziękuję... Co ja bym bez ciebie zrobiła?
  Przytuliłam go delikatnie, bo wciąż miałam wrażenie, że zaraz będę miała ponowny napad bólu. Trwaliśmy tak przez jakiś czas, aż w końcu Cal spytał ostrożnie:
- To co jutro robimy?
  Zesztywniałam. Przypomniało mi się bowiem, co musiałam zrobić następnego dnia.
- Ja lecę po Jennę.
  Wyszłam z pokoju, nic nie tłumacząc chłopakowi, bo uświadomiłam sobie, jaki on ma do tego stosunek. Cal nie lubił Jenny. Cal BARDZO nie lubił Jenny. Zawsze było mi przykro z tego powodu, bo, w porównaniu do niego, Jenna udawała, że on jej nie przeszkadza. Szanowała to, że z nim jestem, a nawet potrafiła się do niego grzecznie odezwać, gdy przebywaliśmy gdzieś razem, w trójkę. A on? On udawał, że jej nie zna, nie słyszy ani nie widzi. Bolało mnie to. Na szczęście nie kazał mi pomiędzy nimi wybierać, zapewne dlatego, że ojciec by go zabił, gdyby dowiedział się z jakiego powodu zrywa zaręczyny. Wydaje mi się, że w takim przypadku wybrałabym zostanie z Jenną, niż dożywotnie męczenie się z Calem. Kochałam go, ale nie tak, jak kochałam Archera. On to wiedział, ale najwyraźniej nie robił nic, by sprawić, że w końcu pokocham go bardziej niż "byłego". Tak naprawdę to ja nigdy nie byłam z Archerem, mimo że obydwoje tego chcieliśmy...
                                                                       ~*~
  Następnego dnia stanęłam o umówionej porze koło lotniska, "przywieziona" przez Itineris z amuletem w torbie podręcznej. Lekko trzęsłam się ze zdenerwowania, chociaż, na dobrą sprawę, nie miałam czym. Wpatrzyłam się w drzwi wejściowe, znajdujące się pół kilometra przede mną i nagle odechciało mi gdziekolwiek wchodzić. Przed wejściem znajdował się bowiem gigantyczny tłum rozszalałych fanek. Miały ze sobą różnej wielkości transparenty z wszelkimi możliwymi napisami i wrzeszczały, jakby je ze skóry obdzierano. Z ironią spostrzegłam tam nawet kilku chłopaków. Cały ten widok mnie przeraził. Do tego stopnia, że być może bym się cofnęła, gdyby nie poruszenie przy drzwiach i jeszcze głośniejsze piski fanów. Ponad głowami wszystkich dostrzegłam blond, dwie brązowe i jedną czarną czuprynę nażelowane sumiennie przez stylistkę, a zaraz nad nimi cztery machające dłonie. Z pewnością byli to chłopcy. Ale czemu czterech? Gdzie się podziewały słynne loczki Harry'ego?
  Rozejrzałam się po parkingu, zauważając, że każdy wpatruje się w to dziwne zjawisko. Dorośli uśmiechali się pod nosem. Emeryci przystawali i drapali się w zadumie po głowie. Małe dzieci ciągnęły rodziców za ręce, chcąc przyjrzeć się całemu przedstawieniu z bliska. Istny chaos.
  Lecz wśród tego chaosu dostrzegłam jedną osobę, która nie skupiała się na tumulcie przy drzwiach i najwidoczniej zmierzała w moim kierunku. Obserwowałam ją. Na pewno był to mężczyzna. Miał on długie do ramion, ciemne, proste włosy i równie czarne wąsy. Uśmiechnął się, gdy zobaczył, że na niego patrzę. Spodnie miał obdarte na kolanach, a czubki butów pozdzierane, więc wyglądał w połowie jak menel. Już miałam zamiar odwrócić się i biec z krzykiem, że ktoś chce mnie zgwałcić, ale powstrzymał mnie od tego błysk w oczach "menela". Znajomy błysk.
- Harry? - szepnęłam cicho, patrząc z niedowierzaniem na człowieka, którego ćwierć sekundy wcześniej wzięłam za bezdomnego.
  Bezdomny uśmiechnął się szerzej i podszedł do mnie. Stanął tak, że zakrył mi sobą całą scenę, która wciąż odbywała się za jego plecami.
- Czemu robisz z siebie idiotę? - Zaśmiałam się cicho.
- Inaczej się tam nie dostaniemy. - Uśmiechnął się także. - Chodź.
  Chwycił mnie niespodziewanie za rękę. Jego była ciepła i miękka, zapewne nawilżona setkami drogich kremów. Wplótł swoje palce między moje i pociągnął w kierunku małych drzwi, na końcu budynku. Ten gest z jego strony tak mnie zaskoczył, że nawet nie zdążyłam zaprzeczyć, a ja już szłam za nim szybkim krokiem.
  Obserwowałam uważnie tłum fanów. Żaden nie zwrócił na nas uwagi i zauważyłam, że trójka chłopców wpatruje się w nas błagalnie, żebyśmy się pośpieszyli. Horana nie widziałam.
  Przed samymi drzwiami poczułam, jak Harry wypuszcza moją rękę i otwiera je gwałtownie. Wziął ode mnie torbę i poczekał, aż pierwsza wejdę do środka. Uśmiechnęłam się lekko.
  Za drzwiami stał jakiś duży facet w czerni, którego natychmiast wzięłam za ochroniarza. Gdy tylko Styles wszedł, zamknął nas na klucz. Najwyraźniej był powiadomiony o mojej obecności. Po naszej prawej, do pomieszczenia wbiegli Zayn, Liam i Louis. Mieli przerażone miny, ale kiedy tylko znaleźli się na bezpiecznej ziemi, zaczęli się śmiać. Usiedli na podłogę i wili się ze śmiechu. Zaraz dołączył do nich Harry i Niall. Nie mam pojęcia skąd wziął się blondyn. Podniosłam jedną brew i torbę z podłogi. Stałam i patrzyłam na nich oszołomiona. Co, jak zauważyłam, tylko spotęgowało ich śmiech.
- O co chodzi? - zapytałam w końcu ostrożnie. Nawet jakby ze strachem.
- O nic. - Louis pierwszy wstał z podłogi i otrzepał spodnie. Na ustach nadal majaczył mu uśmiech.
  Zaraz za jego przykładem podążył Harry, Liam i Zayn. Niall w spokoju siedział sobie na podłodze i obserwował przyjaciół z uwagą. Oni, jakby to wszystko było całkiem normalne, wpatrzyli się w faceta w czerni.
- Samolot już czeka - powiedział tamten.
  Chłopcy spojrzeli po sobie z uśmiechem. Nagle, jakby na wyścigi, rzucili się do mojej torby. Tyle, że bardziej JA na tym ucierpiałam. Wydałam z siebie głośny pisk i już sekundę później leżałam przygnieciona czterema wielkimi ciałami z oczami wyłażącymi z orbit. Mimo że brakowało mi oddechu, zaczęłam się śmiać, a oni razem ze mną.
- Udusicie mnie - wyszeptałam, mając łzy w oczach i z bólu i ze śmiechu.
  Wstali, jak na komendę. I tak samo równocześnie, Zayn i Liam wyciągnęli po jednej ręce w moją stronę, pomagając mi wstać.
- Nie chcę nic mówić, ale macie niedługo koncert - oznajmił facet w czerni z lekkim uśmiechem.
- Koncert mamy o dwudziestej. - Niall podniósł się z podłogi i zaczął liczyć na palcach od rąk i nóg, jak małe dziecko. Tak, nóg. Zdjął buty. - A teraz mamy czternastą. Mamy więc sześć godzin, minus jedna, bo strefy czasowe. Czyli wychodzi pięć godzin...
- Wow, umiesz liczyć. - Za późno ugryzłam się w język.
  Cała szóstka spojrzała na mnie ze zdumieniem, a piątka znów zaczęła się śmiać. Horan obserwował mnie przez chwilę ze złością, założył buty i niespodziewanie ruszył w kierunku wyjścia na pas startowy. Pozostali natychmiast przestali się śmiać i wzdychając podążyli za blondynem. Moja torba wylądowała w rękach Harry'ego, a ja sama szłam między Liamem, a Louisem. Za nami wlókł się Zayn w towarzystwie faceta w czerni. Przed nami podskakiwał Harry, a i dostrzegałam farbowaną blond czuprynkę Nialla przy samolocie. Swoją drogą...
- Czy to nie jest przypadkiem PRYWATNY samolot? - zapytałam z przerażeniem, zwalniając kroku.
- A ty myślałaś, że czym polecimy? - zawołał Styles, nie odwracając się.
- A co z takimi urządzeniami, wykrywającymi bomby i tym podobne...?
  Liam i Louis spojrzeli na mnie podejrzliwie.
- Ten facet - szepnął Liam, wskazując dyskretnie faceta w czerni - powali cię na ziemię, zanim zdążyłabyś tą bombę wyjąć, więc... Tak tylko, dla twojego dobra... Masz tą bombę?
  Uśmiechnęłam się.
- To było czysto teoretyczne - odparłam.
  Byłyby mega fajerwerki, gdybym taką wypuściła...
                                                                         ~*~
  Samolot nie był największy, ale nie było też w nim tak ciasno, żebyśmy się nie mogli pomieścić. W środku stało kilka wygodnych foteli, które rozkładały się, przypominając coś na kształt leżaka. Chłopcy od razu zajęli swoje ulubione, a mnie kazali sobie jeden wybrać. Miałam do wyboru trzy, więc wybrałam ten najdalszy, kiedy Louis przeprosił mnie, że bardzo chcieliby się przespać, jeśli nie miałabym nic przeciwko. Jasne, że nie miałam. Należał im się odpoczynek.
  Pierwsze piętnaście minut lotu minęło... Spokojnie. Usiadłam się wygodnie w fotelu i już po minucie dostałam poduszką w głowę. Uśmiechnęłam się lekko i równie delikatnie odrzuciłam ją, zerkając gdzie trafi. Oberwał Zayn. Chwycił poduszkę, przytulił ją jak dziecko i skulił się na swoim rozłożonym fotelu. Ponownie się zaśmiałam i wzięłam za odpisywanie Calowi. Zapytał się mnie bowiem, co ma powiedzieć mojemu tacie, gdyż ten właśnie wrócił do domu i zobaczył, że mnie nie ma.
"Jesteś taki nieporadny, słońce... Hm... Może powiedz mu, że czułam wielką potrzebę wrócenia do Hex Hall? A jak to nie zadziała, zwyczajnie powiedz prawdę. Już i tak jest po fakcie, bo właśnie...
  Znów dostałam poduszką. Tym razem od Louisa. Odrzuciłam ją ponownie, tylko, że z większą siłą. Louisowi odskoczyła głowa i chłopcy zanieśli się śmiechem.
  Dokończyłam wiadomość:
... siedzę w samolocie w drodze do Francji. Jakby mnie oskarżał, to weź mu przypomnij, że to on przeniósł Jennę. Buziaki, twoja Soph <3"
  Co dziwnego, kiedy skończyłam pisać SMS-a, poniosłam głowę i ujrzałam, że wszyscy śpią. Wszyscy, oprócz Nialla. Siedział i obserwował mnie z kamienną twarzą, przykryty kocykiem w pieski, co wcale nie dodawało mu grozy ani męskości. Miał na głowie kaptur, a w ręku ściskał iPhone'a.
  Westchnęłam i wstałam. Właśnie znalazł się czas na poważną rozmowę.
  Podeszłam do niego i usiadłam w nogach rozłożonego fotela, a on jeszcze bardziej ścisnął iPhone'a, lecz się nie ruszył. Dopóki nie położyłam ręki na jego kolanie, które znajdowało się najbliżej mnie. Usiadł "po turecku" w tak szybkim tempie, że aż zawiało.
- Powiesz mi o co ci chodzi czy masz zamiar ciągle i wciąż mnie tak nienawidzić? - zaczęłam prosto z mostu.
  Horan uśmiechnął się drwiąco.
- A jeśli tak? - zapytał lekko.
  Zbił mnie z pantałyku.
- W sumie to nic... Tak tylko pytam. Co ja ci zrobiłam?
- Nic - odparł jedynie, odwracając wzrok.
  Podążyłam nieświadomie za jego wzrokiem. Patrzył na Harry'ego, który owinięty był własnym kocykiem po same uszy i zrobił przez sen śliczny dzióbek. Horan się zaśmiał.
- Odpowiedz mi. - Mnie nie było do śmiechu.
  Blondyn westchnął i spojrzał mi w oczy z taką powagą, że aż mnie ona przestraszyła. Patrzył i patrzył, a tym czasem kocyk wylądował na podłodze, co spowodowały turbulencje. Cofnęłam się lekko.
- Wiesz... Tu nie chodzi o to, że cię nienawidzę, bo nie mam w naturze nienawidzenia ludzi, których praktycznie nie znam. Dlatego nie myśl, że cię nie lubię, bo tak nie jest. Ogólnie rzecz biorąc, to ja do ciebie nic nie mam, wydajesz się być fajna. - Nadal mówił poważnie, ale kiedy określał mnie, leciutko się uśmiechnął. - Problem w tym, że jestem już cholernie stary i swoje wiem. Wiem jaka jesteś. I - co ważniejsze - wiem KIM jesteś.
  Poczułam zimno przechodzące od czubka mojej głowy, do malutkich palców u stóp. Niespodziewanie temperatura mojego ciała radykalnie opadła, a włoski na karku stanęły dęba. Mogłam wziąć do za żart, bardzo chciałam to zrobić, gdyby nie mina Horana.
- O czym ty mówisz? - zapytałam ostrożnie.
- Wiesz, jakby nie było, wiem, kim jesteś. Jesteś siostrą naszej wiernej fanki. - Uśmiechnął się szeroko i oparł wygodnie o fotel.
  Mało nie westchnęłam z ulgą. Już miałam wrażenie, że zaraz wyjedzie ze stwierdzeniem, że jestem czarownicą. Tak mało brakowało...
                                                                    ~*~
  Po przybyciu na miejsce, na parking dostałam się tak samo, jak wcześniej, pod eskortą Harry'ego, przebranego za menela. Kazał mi na nich zaczekać, a ja, mając jeszcze kilka minut, zgodziłam się. Patrząc na większy tłum fanek niż wcześniej, zastanawiałam się, jak chłopcy wytrzymują to psychicznie. Ja czułam się niekomfortowo, gdy patrzyły na mnie jednocześnie trzy osoby, a co dopiero trzy miliony! Nie, bycie popularnym nie jest dla mnie.
  W kieszeni zawibrowała mi komórka. Dostałam SMS - a od Jen:
"Już czekam. Jeśli byłabyś tak łaskawa, może byś się pośpieszyła, bo niedługo ktoś się skapnie, że zwiałam. Buziaki, kochana <3"
  Zamiast odpisać, wypatrywałam chłopaków. W wolnym tempie poruszali się w moją stronę, ale i tak żadna z fanek nie zwróciła na mnie uwagi.
  Mało nie dostałam zawału, gdy pod moje nogi podjechała limuzyna. Szofer szybko wysiadł i otworzył mi drzwi, mówiąc jedynie z uśmiechem:
- Bonjour, mademoiselle.
- Bonjour - odpowiedziałam i wsiadłam do auta.
  Usiadłam się wygodnie na samym końcu, bo wiedziałam co się zaraz stanie.
  I oczywiście się stało. Chłopcy otworzyli drzwi, a mnie oślepiły błyski z aparatów należących do paparazzich. Wlecieli do środka i zanim ktokolwiek zdążył się normalnie usiąść, Zayn zamknął za nimi drzwi. Znów zaczęli się śmiać i, nadal w śmiechu, rozsiedli się na fotelach.
- Wiecie, że nie musieliście tego robić? - zapytałam natychmiast.
  Pokiwali zgodnie głowami.
- Ale chcieliśmy - odpowiedział Liam.
- Nie wiem, jak mam wam dziękować. - Pokręciłam głową i spojrzałam na swoje dłonie, bo rzeczywiście tak było. Nie miałam jak im za to wszystko zapłacić.
- Nie musisz - odezwał się Harry. - Fajnie było poznać kogoś normalnego.
 Oj, biedny Harry, nie wiesz co mówisz...
- Tour Eiffel - dobiegł nas z małego głośniczka głos szofera z bardzo wyraźnym tamtejszym akcentem.
  Louis chwycił mikrofonik i mruknął:
- Garer quelque part.
  Nic nie zrozumiałam. Powiedział coś po francusku, tyle wiem.
  Za chwilę samochód zaparkował, a ja, już spóźniona, wyskoczyłam z auta.
- Dziękuję wam, naprawdę, nie musieliście... - Mówiłam w pośpiechu, bo już w oddali widziałam blond włosy Jenny, która jednak mnie nie zauważyła. - Dziękuję wam jeszcze raz i do zobaczenia.
  Posłałam im ostatni uśmiech i zamknęłam drzwi.
  Pobiegłam do Jenny, uważając na samochody. Dziewczyna zorientowała się o mojej obecności już, gdy weszłam na trawnik. Nie widziałam Paryża. Widziałam Jennę.
- Rany, Jen! - krzyknęłam i rzuciłam się na wampira.
- Sophie! - wrzasnęła tamta.
  Przez chwilę trzymałyśmy się w ramionach, a potem nagle Jen rzuciła:
- Śmierdzisz magią.
  Zerknęłam na nią, czy mówi poważnie, lecz zobaczyłam uśmiech i zaczęłam się śmiać. Dziewczyna śmiała się razem ze mną do czasu, aż wypatrzyła coś ponad moim ramieniem.
- Wiesz, ja nie chcę nic mówić... - zaczęła. - Ale tamta piątka wygląda, jakby szła do nas.
  Obróciłam się.
  W naszym kierunku zmierzali Louis, Liam, Zayn, Harry i Niall.
  Co?

niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 5

  Lecz, jak zauważyłam, nie byłam jedyną osobą, którą ten pomysł zadziwił. "Zamurowanymi" ludźmi byli także blondyn i Cal. Jemu ta perspektywa mogła się nie podobać: jego dziewczyna, podróżująca z pią... czwórką przystojniaków. Cudownie...
- Ale po co? - zapytał gwałtownie Horan. - Do czego nam tam ona?
- Niall, weź wyluzuj - ostrzegł go z groźnym wyrazem twarzy Louis. - Zachowujesz się wobec niej nie w porządku. Co ona ci zrobiła?
- Pojawiła się tu. - Spojrzał na mnie z nienawiścią w oczach.
  Cal zacisnął pięści, ale z miejsca się nie ruszył. I dobrze. Ja też byłam wściekła, a nad magią panowałam znacznie gorzej.
- To jak, polecisz z nami? - Liam uśmiechnął się do mnie słodko.
- A to na pewno nie będzie problem?
  Cała czwórka, jak na komendę, pokręciła przecząco głowami.
- Sophie, nie możesz lecieć i doskonale o tym wiesz - mruknął zły Cal.
- Dlaczego nie?
- Ze względu na mnie. Na twojego tatę. Na mamę. I na Casnoff.
- I to mnie właśnie w tobie denerwuje! - wydarłam się. Wszyscy, bez wyjątku, unieśli brwi. - Interesuje cię jedynie to, co powie ktoś postawiony wyżej od ciebie! Nie interesuje cię co ja czuję i czego potrzebuję! Podlizujesz się im z nieznanego mi powodu! Dlaczego mi to robisz?! Czy kiedykolwiek zapytałeś się mnie, czy u mnie dobrze, kiedy dostałam ochrzan od ojca?! Gdzie wtedy byłeś?! I co robiłeś?! Dlaczego nie liczysz się z moimi słowami?! Mnie również nie pasuje, że ten związek jest aranżowany, ale ja na to nie mam wpływu!
  Poczułam łzy na policzku, kiedy wylewałam całą swoją złość na niewinnym Calu. Choć, jakby nie było, mówiłam prawdę. Zawsze tak było. Najpierw leciał po opinię do mojego ojca lub Casnoff, a potem dopiero do mnie. Bolało mnie to od zawsze, ale dusiłam to w sobie, by nie zdenerwować ojca. Bardzo mu zależało, żebyśmy oboje byli zadowoleni. Z mojej strony się tego nie doczekał.
- Skarbie... - szepnął chłopak.
- Zamknij się! - krzyknęłam od razu, wycierając łzę w rękaw bluzki. - Wyjdź stąd!
- Ale...
- JUŻ!
  Cal przez chwilę uważnie mnie obserwował, potem przeniósł wzrok na chłopaków z zespołu i w końcu wyszedł. Miałam nadzieję, że się nie wróci.
- Sophie... - zaczął cicho Harry - jak się czujesz?
  Bardzo śmieszne, Harry. Właśnie powiedziałam, że Cal nigdy nie pytał się o moje uczucia, a tu nagle on wyskakuje z takim pytaniem. To było... Słodkie.
- Jest w porządku - szepnęłam, odwracając się do nich plecami.
  Niespodziewanie poczułam silne ramiona, które przytuliły mnie od tyłu. Zamknęłam oczy. Nie chciałam wiedzieć, który z nich to zrobił. Liczyło się dla mnie, że któryś z nich ODWAŻYŁ się to zrobić. Potrzebowałam tego, a jednocześnie czułam się okropnie. Bałam się reakcji Cala, jak się zachowa, kiedy już zostaniemy sami. Potrafił przerażać...
- Przepraszam - jęknęłam i wydobyłam sie z ramion pocieszyciela.
  Był nim Liam. Stał i patrzył na mnie z zatroskaną miną, nic nie mówiąc. Byłam obserwowana przez wszystkich, co mnie zmieszało. Oczywiście, żeby zachować różnorodność, Horan patrzył na mnie z obrzydzeniem na twarzy. Co ja mu do cholery zrobiłam?
  Nagle Zayn dostał SMS - a, co zabrzmiało w cichym korytarzu jak wybuch bomby atomowej. Chłopak podskoczył ze strachu i wyjął komórkę z kieszeni. Szybko przeczytał wiadomość i rzekł, nadal wpatrzony w ekran:
- Chłopaki, musimy iść. Paul nas woła.
  Gdy tylko to powiedział, blondyn wykrzyknął:
- No, nareszcie!
  I prawie natychmiast wyszedł z wyrazem ulgi na twarzy. Oparłam się o ścianę.
- Więc tak... - Louis spojrzał na mnie niepewnie. - Dałabyś radę przyjechać jutro o drugiej po południu do Stansted? Tam jest lotnisko, z którego wylecimy do Francji.
- Jeśli nie będę dla was ciężarem...
- Nie będziesz - uśmiechnął się Liam.
- Tak, dam radę. - Spróbowałam odwzajemnić uśmiech, ale mi nie wyszło.
- W takim razie do zobaczenia.
  Pomachali mi i wyszli z pośpiechem.
  Zaraz napisałam SMS - a do Jenny:
"Hej, Jen. Przepraszam, zmieniam plany. Możemy spotkać się jutro koło trzeciej po południu? Proszę, czekaj na mnie w tym samym miejscu. Do zobaczenia <3"
                                                                        ~*~
  Przetransportowałam się do Thorne Abbey oczywiście przez Itineris. Miałam nadzieję nie spotkać Cala w takim wielkim domu, więc cichutko, na paluszkach udałam się do swojego pokoju. Problem polegał na tym, że pokój chłopaka znajdował się przed moim, więc byłam zmuszona przejść obok niego. I niestety, on musiał wyjść z niego akurat, kiedy ja przechodziłam.
- Zaczekaj - warknął, gdy miałam zamiar go wyminąć.
  Był wściekły. Co, jak co, ale jego emocje umiałam idealnie odgadywać. Ten rodzaj wściekłości wystąpił u niego po raz drugi. Mógł zrobić wszystko. Dosłownie.
- Wejdź - rzekł przez zaciśnięte zęby i zniknął w ciemnym wnętrzu pokoju.
  Weszłam ostrożnie za nim, zapalając światło. Jakoś nie widziało mi się siedzieć w jednym pomieszczeniu ze wściekłym czarodziejem.
- Zgaś to - mruknął, stojąc przy oknie.
- Nie, nie będę siedzieć w ciemnościach - odrzekłam, stojąc przy włączniku światła na wszelki wypadek, gdyby chciał je zgasić.
  Chłopak nadmiernie głośno westchnął i nagle światło zgasło. No, tak, czego ja oczekiwałam? Że ruszy cztery litery i podejdzie, żeby pstryknąć włącznikiem? Marzenia.
- Soph... Zależy mi na tobie - szepnął.
- Wcale tego nie okazujesz - odgryzłam, siadając na jego wielkie łóżko.
  Usłyszałam szyderczy śmiech.
- To co według ciebie powinienem zrobić, byś nareszcie zauważyła, że jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie?
- Licz się z moim zdaniem - odpowiedziałam natychmiast. - Nie patrz na to co mówi mój ojciec, matka czy Casnoff. Respektuj moje zdanie nie ich. Chyba, że bardziej ci zależy na Casnoff to się z nią ożeń! Z tego co wiem, to jest wolna.
  Chłopak przyłożył dłoń do twarzy w geście oznaczającym powszechnie: "facepalm".
- Dziewczyno... - mruknął i podszedł do mnie. Klęknął na podłogę i złapał mnie za ręce, patrząc głęboko w oczy. - Ja cię kocham. Zrozum to Sophie. Jesteś dla mnie najważniejsza. Ale... Ja cię znam. Znam cię i wiem do czego jesteś zdolna jeśli chodzi o kogoś, na kim ci zależy. I nie mówię tu tylko o Jennie. - Tak, wiem. Mówiłeś również o Archerze. Nie jestem głupia. - Dlatego boję się większość decyzji podjętych przez ciebie samodzielnie. Wolę polegać na twoim ojcu, bo jest on bardziej doświadczony...
- Czy ty jesteś gejem? - zapytałam nagle.
  Zmarszczył brwi.
- Nie...? Nie wytrącaj mnie z wątku. On wie co robić. Umie panować na mocami i wie, jak tobie w tym pomóc. To dzięki niemu wiem, jak cię uspokoić. Dzięki niemu nadal żyjemy i nie spaliłaś tego domu. Twój ojciec jest naprawdę godny zaufania.
- Jesteś pewien, że nie jesteś gejem? - zapytałam ponownie, jeszcze bardziej poważnie i ze strachem.
- Jesteś IDIOTKĄ! - wrzasnął nagle i zobaczyłam w jego oczach płomień na ułamek sekundy przed tym, jak gwałtownie wstał i uderzył pięścią w ścianę. Pojawiła się na niej długa rysa. - Uważasz mnie za ciemnotę bez uczuć, a kiedy już się wysilam, żeby ci je okazać, nabijasz się i nic z tego nie wychodzi! Grasz mi mocno na nerwach! Może i nie jestem tak potężny, jak ty, ale próbować mogę!
  Nagle poczułam silny ból głowy. Naturalnie spowodowany magią. Złapałam się za nią i stoczyłam z łóżka na podłogę. Oparłam się łokciami i kolanami o podłogę starając się nie wydać z siebie żadnego, nawet najcichszego jęku. Pulsowanie nasiliło się i nie wytrzymałam. Krzyknęłam.
  Ból opuścił mnie równie szybko, jak się pojawił. Usiadłam na podłodze, mając zamknięte oczy. Bałam się je otworzyć.
  Cal mnie skrzywdził.
  Obiecał, że do tego nie dojdzie.
  Skłamał.
  A teraz za to zapłaci.
  Zerwałam się na równe nogi. Chłopak stał nade mną z głupim uśmieszkiem na twarzy. Uśmiechnęłam się również i zaraz Cal wylądował na ścianie po drugiej stronie pokoju. Podeszłam do niego powoli. Zbierał się właśnie na nogi i rozmasowywał tył głowy.
- Tylko na tyle cię stać? - szepnął.
  Prowokował mnie. To jego wina.
  Wyczarowałam kilka kilogramów gwoździ i sypnęłam je mu na głowę. Cal krzyknął i znów upadł na podłogę. Adrenalina i złość pulsowały w moich żyłach, dlatego, zamiast stwierdzić, że chłopak stracił przytomność i należy szybko się ulotnić, przede mną pojawił się duży, stojący zegar z kukułką. Już byłam strasznie osłabiona takim nawałem magii, że ledwo zdołałam pchnąć szafę na siedzącego i przytomnego chłopaka. Przeliczyłam się z tym, że może być nieprzytomny. Bo nie był. Dał radę złapać zegar, zanim ten upadł mu na głowę i przerzucił go na drugą stronę. Starłam się go wrócić, żeby zrobił to, do czego go stworzyłam, ale Cal ponownie się uratował. Wstał z podłogi znów z wściekłością na twarzy.
  Natomiast ja się zachwiałam. To było za dużo magii jak na jeden raz i to w czasie, kiedy praktycznie jej nie używałam. Cofnęłam się pod przeciwległą ścianę, a Cal kroczył ze mną krok w krok. Kiedy poczułam za sobą ścianę, zlękłam się.
- Cal... - szepnęłam z przerażeniem.
  Zobaczyłam bowiem w ręku Cala przedmiot, który pojawiał się... Na igrzyskach? Tak, a dokładniej w konkurencji "pchnięcie kulą". W tym przypadku była to na pewno ta sama kula, o masie sześciu kilogramów, szara i wycelowana prosto w mój brzuch.
- Nie...
  Krzyknęłam, ale było już za późno. Cal wypchnął kulę w moją stronę. Uderzyła mnie z gigantyczną siłą, od której uderzyłam w ścianę.
  I straciłam przytomność.